Casidy dopiero na lotnisku zrozumiała że wjazd do LA to jedna z szans ucieczki od codzienności. Miała szansę zacząć wszystko od nowa. Mieli z tatą zamieszkać w domu przy plaży. Casidy czuła że spełnia swoje marzenia. Miała jeszcze tylko jedno jedyne marzenie z R5 w roli głównej. Marzyła o tym że ich spotka gdzieś na ulicy, plaży lub w centrum. Czuła że niema na co liczyć ale pomarzyć zawsze warto. Podróż samolotem minęła jej bardzo szybko. Gdy wyszli z lotniska pojechali taksówką pod dom. Casidy spojrzała na zegarek. Było już strasznie późno więc dziewczyna od razu poszła spać. Następnego dnia jej ojciec musiał już iść do pracy więc Casidy siedziała sama w domu. Aż do pierwszego dnia w szkole dzień dziewczyny wyglądał tak samo. Casidy obawiała się tego poniedziałku. Mimo że znała dobrze język bała się że się pomyli lub nie będzie umiała kogoś sprytnie zgasić po angielsku. Starała się zniknąć ale nie dało się nie zauważyć "nowej". Po paru dniach przyzwyczaiła się do braku przyjaciół. W Californi było zupełnie inaczej niż w Polsce ale i do tego da się przywyknąć. Miały kolejne dni, tygodnie, miesiące i wreszcie nadszedł dzień wymarzonego koncertu. Casidy cały dzień była podekscytowana i myślała tylko o koncercie. Miała motyle w brzuchu już od zeszłego wieczoru. Nie mogła uwierzyć w to że już za parę godzin zobaczy Rossa, Rikera, Rydel, Rockiego i Ellingtona na własne oczy. Kiedy tylko pomyślała co poczuje widząc ich... Nie potrafiłaby wymówić ani słowa.
Trochę smutne, że musiała przyzwyczaić się do braku przyjaciół, no ale ważne, że będzie na koncercie :) Rozdział super, tylko trochę krótki, ale to szczegół :D
OdpowiedzUsuń